Biura maklerskie

Nie samą warszawską giełdą żyją inwestorzy

DM mBanku tnie prowizje, a BM Alior Banku szykuje się do uruchomienia nowej usługi. Rynki zagraniczne stają się coraz bardziej dostępne.
Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński

Polski rynek giełdowy od wielu lat – poza krótkimi okresami, które w zasadzie potwierdzają tylko regułę – nie rozpieszcza inwestorów. Właściwie życie krajowego inwestora to trochę droga przez mękę. Indeksy warszawskiej giełdy w najlepszym wypadku poruszają się w trendzie bocznym, a poziom płynności bardziej odstrasza, aniżeli zachęca do handlu. Dlatego przez wiele lat polscy inwestorzy jedynie z zazdrością spoglądali na to, co się dzieje na innych rynkach, gdzie hossa była w pełni, a problem otwarcia i zamknięcia pozycji praktycznie nie istniał.

Warunki na warszawskiej giełdzie co prawda się nie poprawiły, ale za to inwestorzy nie muszą już biernie i z poczuciem dziejowej niesprawiedliwości przyglądać się wydarzeniom na innych parkietach. Dziś największe rynki stoją przed nimi otworem. Domy maklerskie w końcu dostrzegły, że kuszenie inwestorów jedynie dostępem do warszawskiej giełdy to skazywanie się na porażkę, i wyszły im naprzeciw, wprowadzając do swojej palety usług właśnie dostęp do rynków zagranicznych. Oferta w tym zakresie jest coraz bogatsza i klienci powoli się do niej przekonują. Ale i tak jest jeszcze dużo do zrobienia.

Postęp trwa w najlepsze

Rynki zagraniczne w ofercie domów maklerskich zaczęły pojawiać się kilka lat temu. Trudno powiedzieć, żeby od razu podbiły serca inwestorów. Zresztą nawet dzisiaj brokerzy podkreślają, że z tej usługi korzysta dość wąska grupa klientów, chociaż jednocześnie zaznaczają, że zainteresowanie rynkami zagranicznymi systematycznie rośnie.

Stosunkowo niewielka liczba osób handlujących na rynkach zagranicznych jest pochodną kilku czynników. Jak podkreślają maklerzy, w wielu przypadkach wciąż obowiązuje zasada „koszula bliższa ciału". Dla wielu inwestorów rynki zagraniczne wciąż są abstrakcją z nie do końca zrozumiałymi zasadami działania (handel na niektórych parkietach wiąże się m.in. z dodatkowymi opłatami). Drugi, równie ważny element, to dostępność rynków zagranicznych.

Tak jak zostało już wspomniane, w tym aspekcie wykonany został bardzo duży skok jakościowy – ale do ideału jeszcze trochę brakuje. Cieszyć może przede wszystkim fakt, że dzisiaj największe domy maklerskie oferują dostęp do rynków zagranicznych z poziomu platformy transakcyjnej. Grupa ta stale się zresztą powiększa. Jak ustaliliśmy, do tego grona ma w tym roku dołączyć BM Alior Banku, które prowadzi około 75 tys. rachunków maklerskich.

– Jesteśmy w trakcie wdrażania tej usługi. Planujemy zakończyć wdrożenie jeszcze w tym roku – potwierdza Jacek Stąpała, zastępca dyrektora BM Alior Banku. – Wychodzimy naprzeciw zapotrzebowaniu klientów na szerszą paletę oferowanych produktów, w szczególności akcji zagranicznych i instrumentów finansowych dających ekspozycję na rynek globalny, większe możliwości dywersyfikacji inwestycji oraz dostępu do instrumentów o dużej płynności. Naszą ofertę na tle rynku wyróżni dostęp do notowań oraz niskie stawki prowizji, szczególnie prowizji minimalnych. Chcemy zaoferować dostęp do rynków zagranicznych na tym samym rachunku inwestycyjnym, za pośrednictwem którego klient inwestuje na GPW – mówi Stąpała.

Powoli kończą się więc czasy, kiedy, aby kupić akcje na wybranym z zagranicznych parkietów, konieczna była wizyta w biurze maklerskim albo co najmniej telefon do maklera. Dziś rynek amerykański, niemiecki czy brytyjski jest prawie tak samo dostępny jak nasza giełda. Chociaż to „prawie" wciąż jednak robi różnicę.

Foto: GG Parkiet

Dla części klientów wciąż kłopotliwe mogą być opłaty, jakie wiążą się z inwestowaniem na zagranicznych rynkach. Co prawda procentowe stawki prowizji za kupno i sprzedaż akcji na zagranicznych parkietach są podobne albo i niższe niż na GPW (nawet 0,29 proc.), to wyzwaniem jest minimalny poziom prowizji. Standardem rynkowym jest, że klient musi oddać brokerowi co najmniej 38 zł. To, szczególnie przy stosunkowo niedużych transakcjach, stanowi dość wyraźną barierę i podważa sens tego typu działań (prowizja w takiej kwocie łatwo może „zjadać" wypracowany zysk). Jednak i tutaj widać postęp.

Foto: GG Parkiet

Nie dość, że na przestrzeni lat prowizje poszły w dół, to dodatkowo w piątek DM mBanku rzucił wyzwanie konkurencji. Instytucja obniżyła wysokość prowizji minimalnej dla zagranicznych rynków z 38 zł do 19 zł. W przypadku rozliczania się w innej walucie stawka minimalna spadła do 5 EUR/USD/GBP.

– Z perspektywy tej usługi jest to dość istotny ruch, który otwiera rynki zagraniczne również na osoby obracające mniejszymi kwotami. Niewykluczone, że inne firmy będą starały się jakoś odpowiedzieć na to, co zrobił DM mBanku – mówi anonimowo jeden z przedstawicieli branży maklerskiej.

Nierozwiązaną kwestią pozostaje dostęp do notowań online z innych rynków. Tutaj zakres usług wciąż jest dość ubogi bądź wiąże się z większymi kosztami. Co prawda brokerzy podkreślają, że pracują nad tym, aby i w tym zakresie zrobić krok naprzód, ale przeszkodą są zarówno kwestie technologiczne, jak i kosztowe.

Niestety brokerzy, a także wszyscy ci, którzy chcą inwestować na rynkach zagranicznych, mierzą się również z barierami natury regulacyjnej. Unijna regulacja MiFID II i rozporządzenie PRIIP praktycznie odcięły inwestorów od funduszy ETF, których emitentami były firmy amerykańskie, z racji tego, że dokumenty zawierające kluczowe informacje nie są tłumaczone na język polski. Wielkim znakiem zapytania jest, czy tego losu nie podzielą fundusze ETF, których emitentami są europejskie instytucje. Aktualnie toczy się regulacyjny bój w tej sprawie, ale na razie wydaje się, że daleko jesteśmy od rozstrzygnięć.

Nieprzeciętne możliwości

Mimo tych niesprzyjających okoliczność rynki zagraniczne powoli, ale stopniowo zyskują popularność wśród polskich inwestorów. Przedstawiciele domów maklerskich mówią o kilku, maksymalnie o „małych" kilkunastu procentach klientów, którzy decydują się na handel na innych parkietach.

Prym przy tym wiedzie rynek amerykański. Z informacji uzyskanych w domach maklerskich wynika, że około 70 proc. aktywności na rynkach zagranicznych to właśnie handel na Wall Street. To jednak nie powinno dziwić. Mowa w końcu o najpłynniejszym rynku, gdzie dodatkowo hossa trwa już od około dziesięciu lat. Dodatkowo Wall Street to także wielkie rozpoznawalne spółki, które działają na wyobraźnię nawet młodszego pokolenia inwestorów. Czy tę grupę można zachęcić do giełdy ofertą inwestycji w PKN Orlen, KGHM, JSW albo największe polskie banki? Wydaje się, że dużo łatwiejsze jest zadanie, kiedy w zanadrzu ma się takie marki jak Facebook, Twitter, Netflix czy ostatnia gwiazda nowojorskiego parkietu – firma Beyond Meat, która zajmuje się produkcją mięsa z roślin. Spółka na początku maja zadebiutowała na amerykańskiej giełdzie. Jej akcje tuż przed pojawieniem się na rynku wyceniane były na 25 USD, a obecnie ich cena przekracza 200 USD.

Tak spektakularnych sukcesów na warszawskiej giełdzie w ostatnich latach próżno szukać. Tak samo jak praktycznie nieograniczonej płynności czy jakiegoś wyraźnego trendu. Nie dziwne więc, że rynki zagraniczne kuszą polskich inwestorów, a ci – także dzięki większej dostępności tej usługi – poszerzają swoje horyzonty inwestycyjne. W końcu nie samą GPW żyje inwestor znad Wisły.

opinie

Tomasz Zabrocki
biuro strategicznych klientów indywidualnych, DM PKO BP

Od kilku lat widzimy systematyczny wzrost zainteresowania klientów rynkami zagranicznymi. Obecnie co kwartał notujemy kilkuprocentowy przyrost liczby klientów i aktywów w tej usłudze. Jest to pochodna kilku czynników. Z jednej strony jest to koniunktura, która chociażby na Wall Street jest zdecydowanie lepsza niż na GPW, a z drugiej strony trzeba pamiętać, że rynki zagraniczne to też większa płynność i możliwość dywersyfikacji geograficznej. Warto jednak zwrócić uwagę, że nadal ponad 70 proc. aktywności na rynkach zagranicznych odbywa się na rynku amerykańskim. Stopniowo jednak popularność zyskują także rynki europejskie. Trudno natomiast jednoznacznie określić profil klienta. Mamy klientów, dla których rynki zagraniczne są ofertą komplementarną do aktywności na rynku polskim. Pojawiają się także klienci, którzy np. mieszkają za granicą i chcą aktywnie działać na rynkach, z którymi stykają się na co dzień. Na pewno z usługą rynków zagranicznych wiążemy duże nadzieje i będziemy ją rozwijać, tak by mieć produkt najwyższej jakości. PRT

Paweł Kolek
dyrektor departamentu rynku wtórnego, DM BOŚ

Zmiana w zasadach dostępu do inwestycji w fundusze ETF z rynku amerykańskiego od początku 2018 r. spowodowała znaczne zmniejszenie zainteresowania rynkami zagranicznymi. Niestety, ale może nas czekać – choć mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie – kolejne ograniczenie inwestycji również w europejskie fundusze ETF, co dodatkowo może zmarginalizować tę usługę. Obecnie zainteresowanie klientów umiarkowanie się zwiększa, jednak wartości transakcji utrzymują się na poziomach niższych niż przed zmianami z 2018 r.

Od czasu, od kiedy Dom Maklerski BOŚ oferuje usługę rynków zagranicznych, aktywowało ją kilka tysięcy klientów. Obecnie co piąty klient otwierający u nas rachunek aktywuje usługę na rynku zagranicznym. Dominują transakcje na akcjach amerykańskich i ETF-ach europejskich, chociaż oczywiście w relacji do rynku polskiego są to nadal wartości dużo niższe. Z kolei z usługi notowań online dla giełd zagranicznych korzysta również bardzo niewielka grupa klientów. PRT

Kamil Szymański
wicedyrektor departamentu rynków regulowanych, DM mBanku

Liczba klientów, którzy u nas handlują na rynkach zagranicznych, w tym roku wynosi kilka tysięcy. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę klientów, których obsługujemy, to oczywiście wciąż niewielki odsetek, natomiast kilka tysięcy osób to już chyba jest ten moment, kiedy usługa ta zamienia się w usługę masową. Jeśli zaś chodzi o kwoty, to sytuacja wygląda podobnie jak na GPW. Przeważają relatywnie mniejsze transakcje, ale mamy też klientów, dla których czymś naturalnym jest złożenie zlecenia nawet na kilkaset tysięcy złotych. W mojej opinii, jeśli chodzi o popularność rynków zagranicznych wśród polskich klientów, możemy już mówić o wyraźnym trendzie. Nie jest to może rewolucja, ale widać, że usługa ta zyskuje popularność. Uważam, że trend ten będzie się utrzymywał przez wiele lat i raczej będzie się nasilał, aniżeli osłabiał. Z naszego punktu widzenia, ale także klientów, jest to oczywiście pozytywne zjawisko. Środki, które przeznaczane są na handel na zagranicznych rynkach, w większości i tak nie trafiłyby na naszą giełdę. PR

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.