Analiza i rynek
Czy analitycy potrafią prognozować?
Biuletyny, newslettery, rekomendacje - inwestorzy codziennie przeglądają dziesiątki analiz giełdowych. Rzadko jednak zastanawiają się, czy mają one jakąkolwiek wartość prognostyczną…
Raz do roku, w styczniu niemiecka gazeta "Handelsblatt" zwykła przepytywać rynkowych ekspertów, gdzie znajdzie się indeks niemieckiego rynku DAX na koniec grudnia. Na początku 2006 r., gdy DAX oscylował wokół 5400 pkt, analitycy z najbardziej renomowanych instytucji, takich jak J. P. Morgan czy Bank of America, prognozowali jego wartość na koniec grudnia w przedziale 5000-6000 punktów. Większość specjalistów oczekiwała, że indeks uplasuje się pomiędzy 5650 a 5800 pkt.
Na jakim poziomie naprawdę finiszował DAX? 6597 punktów. Najdokładniejsze biuro pomyliło się "zaledwie" o 600 punktów. Najgorsze o 1600. Jeżeli część czytelników czuje się zaskoczona niską skutecznością topowych instytucji finansowych, dodam jeszcze, że w 2007 r. specjaliści wcale nie wypadli lepiej. Spodziewali się, że na koniec roku wskaźnik znajdzie się gdzieś w szerokim przedziale 6000-7700, a tymczasem DAX przekroczył 8060 pkt. Prawdziwy popis skuteczności przyniósł jednak dopiero 2008 r. Podczas gdy większość analityków w ankiecie celowała w przedział 8350-8800 punktów, DAX zanurkował i rok zakończył na poziomie 4810 punktów. Najwybitniejsi rynkowi specjaliści pomylili się o niemal 50 proc.
W tym momencie każdy powinien zadać sobie fundamentalne pytanie: dlaczego inwestorzy w ogóle wierzą analitykom? Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze, inwestorzy uważają, że eksperci wiedzą więcej o rynkach finansowych i dlatego popełniają mniej błędów. Po drugie, specjaliści dysponują większymi zasobami (dane, modele, ludzie). Po trzecie, analitycy mają większy dostęp do informacji ze spółek. Niestety, nawet jeżeli powyższe stwierdzenia są prawdziwe, to wciąż za mało, by na giełdzie skutecznie przewidywać przyszłość. Czas pożegnać się z mitem rynkowych ekspertów. Analitycy giełdowi po prostu nie potrafią prognozować.
Statystyki są bezlitosne
Choć dla wielu osób teza o bezużyteczności prognoz finansowych może się wydać dość odważna, w naukach o finansach od dawna nie jest ona niczym nowym. Przyjrzyjmy się na przykład prognozom wyników kwartalnych. Badania prowadzone przez kilkadziesiąt lat w Stanach Zjednoczonych pokazują, że prognozujący wyniki na dwa najbliższe kwartały wygrywają z modelami opartymi na trendach w niewielu ponad 50 proc. przypadków. Gdy starają się przewidzieć wyniki na przynajmniej trzy kwartały do przodu, wówczas z reguły przegrywają ze zwyczajną ekstrapolacją trendu. Co więcej, prognozy na ponad trzy lata nie mają już właściwie żadnej wartości dla inwestora.
Wobec tak niskiej jakości prognoz nic dziwnego, że i rekomendacje maklerskie dotyczące poszczególnych spółek nie wnoszą wiele dla inwestora. Długoletnie statystyki w USA pokazują, że spółki, którym wystawiono rekomendacje "kupuj" w ciągu sześciu miesięcy od publikacji, pokonywały rynek zaledwie… o dwa procent. Jeżeli dodamy do tego fakt, że te same spółki zyskiwały średnio trzy procent natychmiast po publikacji i uwzględnimy koszty transakcji (prowizje, spread), jakakolwiek użyteczność rekomendacji staje pod dużym znakiem zapytania. Czy więc na tego typu raportach inwestor w ogóle może zarobić? Tak. Ale tylko pod warunkiem, że zna je przed publikacją.
Podobnie wygląda skuteczność różnego rodzaju newsletterów i porad inwestycyjnych. W 1999 r. jeden z amerykańskich badaczy rynku finansowego zadał sobie trud przebadania wyników 153 newsletterów inwestycyjnych gromadzonych w bazie "Hulbert Financial Digest". Po kalkulacji wielu statystyk naukowiec doszedł do prostej konkluzji: autorzy newsletterów nie mają niemal żadnych zdolności wybierania z rynku spółek, które uzyskują ponadprzeciętne stopy zwrotu, a po uwzględnieniu kosztów transakcji, na ich poradach inwestycyjnych nie można w żaden sposób zarabiać pieniędzy.
Ostrożnie z funduszami akcji
O ile z niską skutecznością analiz rynkowych można się jeszcze pogodzić (i po prostu ich nie czytać), o tyle o wiele większym niepokojem powinien napawać fakt, że podobną efektywność prezentują zarządzający funduszami akcji. Spore doświadczenia mają w tym zakresie inwestorzy zza oceanu. W latach 1988-1998 w USA przeciętny fundusz akcji zarobił 313 proc. W tym samym czasie indeks S&P500 zyskał… 449 proc. Swego czasu redaktorzy czasopisma "Forbes" byli na tyle zaintrygowani tego typu badaniami, że rzucając lotkami w listę spółek wylosowali 28 z nich i w każdą ulokowali po 1000 dolarów. Po 17 latach z osiągniętą stopą zwrotu na poziomie 370 proc. mógł się mierzyć jedynie znikomy odsetek profesjonalnie zarządzających.
DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook