Opinie i komentarze
Nadzwyczajna synchronizacja rynków akcji, obligacji i złota może się jeszcze utrzymać
Od marca na rynkach finansowych nie sposób było stracić. Jednocześnie drożały aktywa, które z reguły nie idą ze sobą w parze. Paradoksalnie, może to zdradzać niepewność inwestorów co do stabilności ożywienia gospodarczego
Poniedziałek 9 listopada. Amerykański indeks S&P 500 zwyżkuje o 2,2 proc., a cena złota o 1 proc., osiągając w ujęciu nominalnym nowy rekord. Jednocześnie, popyt na sprzedawane tego dnia trzyletnie obligacje amerykańskiego skarbu o łącznej wartości 40 mld USD był najwyższy od 1990 r., a w efekcie rentowność tych papierów zanurkowała o 1,4 proc. (ich cena wzrosła). Tydzień później, w poniedziałek 16 listopada, S&P 500 zwyżkuje o 1,5 proc., osiągając nowe 13-miesięczne maksimum, cena złota idzie w górę o 1,8 proc., ustanawiając kolejny rekord, a rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich zniżkuje o 2,4 proc.
Choć jednoczesny wzrost cen tych trzech klas aktywów to rzadki fenomen, ostatnie miesiące są pod tym względem wyjątkowe: od początku roku zdarzyło się to już co najmniej 42 razy. Tylko raz w ciągu minionych 30 lat, w 1995 r., w analogicznym okresie takich sesji było więcej. Począwszy od 1980 r., na rok przypadały średnio 34 dni, gdy zarobić dało się na wszystkim. A przecież do końca tego roku został ponad miesiąc.
Być może jeszcze bardziej wymowne są liczby, które w połowie października przedstawił Dhaval Joshi, analityk z brytyjskiej firmy inwestycyjnej RAB Capital. Jak wynika z jego wyliczeń, w III kwartale zarówno stopy zwrotu z inwestycji w 30-letnie amerykańskie obligacje, jak i z inwestycji w złoto oraz akcje, były dwucyfrowe. Tak wysoka dodatnia korelacja między cenami analizowanych klas aktywów wystąpiła przedtem tylko dwa razy w ciągu 50 lat.
– Choć od tego czasu doszło do korekty na rynku obligacji, ta nietypowa sytuacja wciąż w zasadzie się utrzymuje. Wszystkie z tych aktywów od czerwca wyraźnie podrożały – mówi Joshi w rozmowie z „Parkietem”. Poza tym, w pierwszych dniach listopada przecena obligacji została zahamowana i od tego czasu ich ceny znów ruszyły w górę. Spowodowane kryzysowym wstrząsem niecodzienne warunki inwestycyjne mogą się więc utrzymać dłużej.
Ani inflacja, ani strach
Oczywiście, dodatnia korelacja tylko cen złota i akcji albo też tylko cen złota i obligacji, to zjawisko dość powszechne. Pierwszy z tych przypadków ma na ogół miejsce wtedy, gdy inwestorzy obawiają się zagrożenia inflacyjnego. Powinno to jednak przejawiać się także przeceną obligacji, zwłaszcza o średnich i długich terminach wykupu i w efekcie prowadzić do wzrostu różnicy między ich rentownością a rentownością papierów skarbowych zabezpieczonych przed inflacją (tzw. TIPS-ów) o takim samym terminie zapadalności.
Nic takiego jednak nie obserwujemy. W przypadku 10-latek różnica ta, wyrażająca oczekiwania inwestorów odnośnie do dynamiki cen, wynosi obecnie 2,1 pkt proc. To znacznie więcej niż na początku roku, ale też wyraźnie poniżej średniej z minionych pięciu lat. Wydaje się zresztą, że przy rosnącej stopie bezrobocia oraz niewykorzystanych mocach produkcyjnych, rozwiniętym gospodarkom wciąż bardziej zagraża deflacja niż inflacja.Akcje i złoto mogą drożeć też w warunkach ogólnego optymizmu, lecz znów obligacje nie powinny cieszyć się wówczas popularnością. Tak zresztą było w pierwszych miesiącach trwającej od marca hossy, lecz już w czerwcu papiery amerykańskiego skarbu wróciły do łask.
Z kolei obligacje i złoto można uważać za inwestycyjne schronienie w okresie zwiększonej awersji do ryzyka. W tym jednak przypadku tanieć powinny zarówno akcje, jak i inne ryzykowne aktywa, takie jak obligacje korporacyjne. Te jednak zwyżkują w bezprecedensowym tempie, a im bardziej niepewny rynek, tym silniej. Dość wymienić rosyjski indeks Micex, który od początku roku zyskał ponad 120 proc., czy też indeks obligacji śmieciowych iBoxx, który podskoczył w tym czasie o 45 proc. i wrócił do poziomu sprzed kryzysu.
Zawiniły banki centralne
– Jedynym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy jest stymulacyjna polityka pieniężna prowadzona przez banki centralne z Rezerwą Federalną na czele – przekonuje w rozmowie z „Parkietem” Michael Wallace, strateg rynkowy w firmie analitycznej Action Economics. Nie jest w tej opinii odosobniony. Wzrost płynności na rynkach finansowych, spowodowany zarówno radykalną redukcją stóp procentowych, jak i programami „ilościowego luzowania polityki pieniężnej”, to najbardziej narzucające się i najczęściej przytaczane uzasadnienie osobliwej synchronizacji rynków, które z teoretycznego punktu widzenia powinny się poruszać w przeciwnych kierunkach. Najbardziej znanym eksponentem tej tezy jest Nouriel Roubini, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego, który zyskał posłuch dzięki trafionym prognozom w przededniu kryzysu. Według niego sytuacja, w której inwestowanie staje się tak łatwe, że zarobić można na wszystkim, to bez wątpienia oznaka nowej bańki na rynkach finansowych. Nie chodzi przy tym wyłącznie o to, że banki centralne zalały rynki dodrukowanymi pieniędzmi, ale także o różnicę w wysokości stóp procentowych między USA a innymi gospodarkami oraz stabilność tej sytuacji. Szef Fedu Ben Bernanke raz po raz sugeruje bowiem, że nie zamierza spieszyć się z zacieśnianiem polityki pieniężnej. Takie warunki sprzyjają transakcjom typu carry-trade, z wykorzystaniem dolara jako waluty fundującej. Zwykle mianem tym określa się pożyczanie gotówki w krajach, gdzie
DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook