Opinie i komentarze
Mówię o planach, nie składam obietnic
Z Mariuszem Patrowiczem rozmawia Adam Roguski
Część graczy giełdowych i obserwatorów rynku uznaje Pana za kontrowersyjnego inwestora, który pojawia się w coraz to nowych firmach, dużo obiecuje, ale niewiele z tego wynika.
Mówię to, co zamierzam zrealizować, i uważam, że jestem w tym powściągliwy. Muszę być w kontakcie z akcjonariuszami – za dużo jest spółek zamykających się na rynek, z których informacje trzeba wyciągać siłą. Zawsze mówiłem, że realizacja jakichkolwiek planów zależy od sukcesu emisji. Skoro nie udało się ich przeprowadzić, trudno mieć pretensje o brak realizacji zamierzeń.
Pańskie nazwisko stało się już jednym z „magicznych” – Pana pojawienie się w spółce powoduje, że inwestorów opanowuje szał zakupów. Wykorzystuje to Pan?
Jeśli to prawda, jest mi przyjemnie. Nie przywiązywałbym do tego wagi, myślę, że inwestorzy kierują się raczej niedowartościowaniem danej spółki.
Czy ktoś Panu doradza w inwestycjach giełdowych? Ma Pan sztab współpracowników, maklerów, licencjonowanych doradców?
Jedynym doradcą jest mój dwudziestoletni syn. Ustawy dotyczące rynku kapitałowego ma w jednym palcu, poza tym ma intuicję.
Jednak praktycznie w każdej spółce, w której Pan działa, powtarzają się nazwiska Wojciecha Hetkowskiego, państwa Koralewskich, Chiszbergów. Jesteście przyjaciółmi od inwestowania – nawiązując do nazwy jednej z Pana firm niepublicznych, Investment Friends?
Nie. To ludzie pojawiający się w radach nadzorczych ze względu na fachowość. Chociaż niektórzy z nich, owszem, inwestują na giełdzie. Ale nie tworzymy żadnego porozumienia.
Jako inwestor na większą skalę ujawnił się Pan dopiero w 2007 r. w Fonie, kilka lat po rozpoczęciu przygody z giełdą. Co Pana do tego skłoniło?
Chciałem zrobić coś więcej, niż tylko handlować akcjami, i skorzystałem z nadarzającej się okazji. Jednak z większością moich inwestycji giełdowych się nie ujawniam. W czterech, pięciu jestem tuż pod 5-proc. progiem, w przypadku kilkunastu kontroluję niewielkie pakiety.
Jaka jest w tej chwili wartość tych pakietów?
Wolałbym tego nie ujawniać.
Jest Pan bardziej graczem niż inwestorem?
Jeśli nadarza się okazja, by szybko zarobić, to oczywiście gram. Trzeba jednak te działania oddzielić od spółek, w których jestem zaangażowany na dłużej.
Czy można powiedzieć, że mamy już definitywny koniec bessy?
Tak, od grudnia można już tak powiedzieć. Polska gospodarka ma mocną pozycję na tle świata. Oczywiście należy się spodziewać okresów korekty.
Jakie rady przekazałby Pan inwestorom? Pod jakim względem wybiera Pan spółki do portfela?
Na pewno warto inwestować w akcje. Branża nie ma znaczenia, podstawowym kryterium jest niedowartościowanie. Preferuję też małe spółki o kapitalizacji do 20–30 mln zł. Przy czym gra giełdowa jest ryzykowna.
Sparzył się Pan kiedyś na tej grze?
Chyba mam szczęście, bo niespecjalnie.
Porozmawiajmy o spółkach, w których jest Pan aktywny. Fon do tej pory nie rozpoczął poważnej działalności, a Pan nie kontroluje pakietu większościowego.
Fon współpracuje z amerykańską firmą Lemna, będzie budować centra recyklingu. Oni dostarczają technologię, my organizujemy finansowania. Lemna zdobywa pozwolenia na budowę, a my mamy wstępne deklaracje inwestorów. Pieniądze na szeroko pojętą działalność ekologiczną odnawialną są np. z funduszy unijnych. Takimi projektami interesują się TFI.
Atlantis miał budować farmy wiatrowe, nawet w tak egzotycznych miejscach jak Afganistan, miał w ramach konsorcjum pozyskać kontrakt o wartości pół miliarda euro. 29 września mija kolejny termin negocjacji w tej ostatniej sprawie.
To duży i trudny kontrakt, też nigdy nie mówiłem, że zrealizujemy go na pewno. Jesteśmy tylko pośrednikiem między dostawcą i odbiorcą. Rozmowy biznesowe trwają.
Dlaczego nigdy nie skorzystał Pan z najprostszego sposobu, by Fon i Atlantis rozpoczęły działalność, i nie wniósł którejś ze swoich firm niepublicznych? Np. Investment Friends Development albo Investment Friends Energy?
DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook