Analiza i rynek
W 2012 roku świat się raczej nie skończy, ale i tak będzie nerwowo
Debata „Parkietu” z udziałem: Wojciecha Białka, głównego analityka CDM Pekao, Sebastiana Buczka, prezesa Quercus TFI, Roberta Nejmana, zarządzającego autorskim funduszem MCI Gandalf Aktywnej Alokacji, oraz Jarosława Niedzielewskiego, zarządzającego funduszami Investors TFI
Przed rokiem debatowaliśmy we w miarę komfortowej dla posiadaczy akcji sytuacji – indeksy co prawda powoli, ale jednak ustanawiały nowe szczyty hossy. Obecnie sytuacja jest zupełnie inna. Po sierpniowym załamaniu mamy trend boczny połączony z dużą zmiennością. Czy panów zdaniem to okres przejściowy przed kontynuacją bessy czy może wręcz przeciwnie – udeptywanie twardego dna?
Robert Nejman: Ja bym skłaniał się ku opinii, że to jest zastój przed kontynuacją trendu spadkowego. Do tego, by powstały warunki do długoterminowych zakupów akcji, musi być szansa na to, by powrócił wzrost gospodarczy. Nie taki stymulowany chwilowym quantitative easing (QE, luzowanie ilościowe, druk pieniądza – red.), być może nawet w końcu w wykonaniu Europejskiego Banku Centralnego. Trzeba uzdrowić fundamenty gospodarki, a do tego niezbędny jest m.in. rozpad strefy euro. To jednak z pewnością przyczyniłoby się na krótką metę do spadków cen akcji.
To dość radykalna wizja rozwoju wydarzeń...
R.N.: Jeżeli będą zwyżki, to raczej krótkookresowe. Nie będzie długoterminowej hossy, takiej jak np. na początku lat 80.
Wojciech Białek: Dla mnie to letnie paniczne zachowanie rynków akcji było dużym zaskoczeniem, gdyż pod koniec zeszłego roku zakładałem na podstawie cyklu prezydenckiego w USA (mamy rok poprzedzający rok z wyborami), że na rynkach akcji nic złego się raczej nie wydarzy. A nawet jeśli, to „złe" nadejdzie dopiero jesienią, tak jak np. w 1987 roku. Tymczasem już latem stopa zwrotu z indeksu S&P 500 liczona od początku roku momentami bywała najgorsza spośród 20 przypadków obejmujących lata przedwyborcze na przestrzeni minionych 80 lat. Drugi taki najgorszy rok to 1939. W tym kontekście obecny rok jest zaskakująco słaby, mimo że chyba wojna światowa się nie zaczyna. Jeśli chodzi o przyszłość, to będę może trochę ostrożniejszy niż przed rokiem. Generalnie jestem jednak w obozie „antyarmagedonicznym". Innymi słowy, zakładam, że analitycy Majów z Ameryki Środkowej sprzed paru tysięcy lat pomylili się o kilka lat w swoich wyliczeniach, tzn. z katastrofą a la 2008 rok będziemy mieli do czynienia dopiero po 2014 roku, kiedy Fed zacznie zaostrzanie polityki pieniężnej, a potem po 2017 roku, kiedy pęknie chińska bańka spekulacyjna. Do tego czasu indeksy na rynkach rozwiniętych powrócą w 2014 r. na poziom z 2007 r. Natomiast najbliższy rok spędzą w czymś w rodzaju trendu bocznego, kiedy lęki przed finansowym Armagedonem będą się utrzymywać, ale bez specjalnie negatywnego wpływu na ceny akcji, co wynika z tego, że polityka pieniężna na świecie albo pozostanie w miarę luźna (patrz: Fed), albo zostanie złagodzona (patrz: EBC).
Jarosław Niedzielewski: Ja również jestem raczej optymistą. Trzymam się sformułowanego parę miesięcy temu twierdzenia, że w sierpniu mieliśmy do czynienia z jednorazowym krachem, a nie początkiem długotrwałej bessy. Pierwszy kwartał przyszłego roku powinien ostatecznie rozstrzygnąć, czy idziemy ścieżką wytyczoną w latach 2001–2002 lub 2007–2008 (bessa), czy też rozwój wydarzeń jest jednak zupełnie odmienny. Bessa trwałaby łącznie ponad półtora roku i zniosłaby ponad 50 proc. wartości indeksu. Natomiast jeśli mamy do czynienia z jednorazowym krachem, to tegoroczne dołki nie zostaną już pogłębione. W przekonaniu o zasadności tego drugiego scenariusza utwierdza mnie to, że przynajmniej w USA w sposób typowy dla krachów, a nie dla bessy, zachowuje się produkcja przemysłowa – ciągle rośnie. W czasie bessy produkcja w przeszłości malała, a gospodarka była w recesji. Chodzi tu oczywiście nie o dynamikę, bo ta może maleć, co ma mniejsze znaczenie, ale o samą nominalną wielkość produkcji.
Ale czy przypadkiem nie jest tak, że produkcja dopiero zacznie maleć?
J.N.: W I kwartale powinno się to już ostatecznie rozstrzygnąć.
W.B.: Stąd pewnie wszyscy tak bardzo przestraszyli się latem, że Philadelphia Fed Index (wskaźnik obrazujący kondycję firm obliczany przez oddział Fedu w Filadelfii – red.) spadł do najniższego poziomu od marca 2009 r., czyli do poziomu, który jednoznacznie identyfikował początek recesji w USA i od tej reguły nie było wyjątku na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Ale w ciągu następnych dwóch miesięcy ten sam wskaźnik wykonał skok w górę o ponad 20 pkt, co znowu całkowicie jednoznacznie przepowiada dla odmiany koniec recesji. Innymi słowy, gospodarka amerykańska zażartowała sobie latem ze wszystkich, wchodząc w recesję trwającą raptem miesiąc.
DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook