Sztuka

Niekiedy przepłacam, ale szybko o tym zapominam

Nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy dane dzieło podrożeje – mówi Jacek Łozowski, kolekcjoner sztuki.

Jacek Łozowski, absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki we Wrocławiu, od 2009 r. deweloper

Foto: materiały prasowe

Od 7 października w Muzeum Miejskim Wrocławia (www.mmw.pl) będziemy mogli oglądać wystawę „Wyobraźnia i rygor. Polska sztuka współczesna z kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich". Co zobaczymy?

Jacek Łozowski: Na wystawie będzie ok. 160 obrazów, od 1943 r. do sztuki najnowszej. Najstarszym dziełem, jedynym malowanym na papierze, będzie akwarela Władysława Strzemińskiego. Najnowsza prawdopodobnie będzie praca Tamary Berdowskiej.

Większość to klasyka z lat 60. i 70., np. obraz Tadeusza Brzozowskiego „Chwat" (zdjecię obok), który był jedynym polskim reprezentantem na Biennale w San Paulo w 1975 r. Będą kompozycje Aleksandra Kobzdeja i siedem dzieł Henryka Stażewskiego z różnych lat. Pokażę prace uwielbianego przeze mnie Mieczysława Janikowskiego. Dzielił on pracownię z Wiktorem Vasarellym. Uważam, że Janikowski był lepszy. Dlaczego to Vasarelly zrobił światową karierę? Janikowskiemu zabrakło dobrego marszanda!

Pokażę obrazy Andrzeja Gieragi. Oczywiście będą artyści wywodzący się z Wrocławia, np. Wanda Gołkowska, Józef Hałas, Wacław Szpakowski, Waldemar Cwenarski, Stanisław Dróżdż.

Czyli przewaga abstrakcji geometrycznej.

Statystyczny obywatel tak niewiele wie o abstrakcji geometrycznej, że postanowiłem zareklamować moich ulubionych artystów. Spotykam się wciąż z opiniami, że np. trzy kreski na płótnie to jakieś dziwactwo a nie sztuka.

Kolekcjonerską przygodę zacząłem od malarstwa kolorystów. Miałem ambicje, żeby zebrać dzieła artystów, którzy należeli do tzw. Komitetu Paryskiego. Przyjmował mnie w swojej pracowni Jan Cybis, przyjaźniłem się z Hanną Rudzką-Cybisową. Żałuję, że nie poznałem Piotra Potworowskiego. Na wystawę wybrałem trzy świetne jego dzieła, m.in. słynny „Port w Rewie".

Obraz Tadeusza Brzozowskiego „Chwat”.

Foto: materiały prasowe

W 2014 r., o czym pisałem w „Moich Pieniądzach" odbyła się we Wrocławiu pierwsza wystawa pana kolekcji. Poznaliśmy wtedy dawną polską sztukę z pana zbiorów.

Teraz niektóre z tamtych dzieł, o czym także pisała „Rzeczpospolita", prezentowane są w Muzeum Śląskim w Katowicach. Być może kiedyś cała moja kolekcja zostanie zdeponowana w którymś muzeum.

Wiosną przyszłego roku ok. 90 obiektów przygotowywanych teraz do pokazania trafi na wystawę w Muzeum Sztuki Współczesnej w Ołomuńcu. Potem prawdopodobnie będą eksponowane w Bratysławie i Budapeszcie. Będzie to propaganda nie tylko polskiej sztuki, ale także kolekcjonerstwa.

W Polsce kolekcjonerów uznaje się głównie za posiadaczy majątku. Nie dostrzegamy ich roli kulturotwórczej, tego, że dzielą się swoim dorobkiem.

Dla mnie potencjalny zysk finansowy nie ma znaczenia. To iluzja. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy dane dzieło podrożeje i za jaki czas. Stale słyszę zapewnienia, że dzieła Fangora nadają się na inwestycję, bo gdzieś obraz tego artysty kupiono aż za milion złotych. Warto zadać sobie pytanie, czy dzieła Fangora nie osiągnęły już maksymalnego pułapu cenowego? Krajowe rekordy Fangora nie są rekordami na tle międzynarodowego rynku. Jest to raptem 200 – 300 tys. dolarów. Które ze światowych dzieł można kupić za tyle? Żadne! Dobra akwarelka niezwykle płodnego Chagalla więcej kosztuje.

Kolekcjonerstwo jest relaksem?

Zdecydowanie tak, ale rodzi też stres. Kolekcjoner stale walczy o coś, jest w napięciu, tropi kolejną zdobycz. Szybko traci zainteresowanie tym, co ma. Pochłaniają go przedmioty, które chce mieć. Czasami ważny jest nie sam obraz, lecz pogoń za nim. Jestem kolekcjonerem średnio dwie godziny dziennie. Sprawdzam informacje dosłownie z całego świata. To jest zabawa, która może zdominować życie.

Dlaczego mamy tak niewielu kolekcjonerów?

Przyczyną jest niski poziom kapitału kulturowego, o czym pisały „Moje Pieniądze". Rodzice nie przekazują dzieciom zamiłowania do życia wśród sztuki. Nie zachęcają do odwiedzania muzeów, do kolekcjonowania. Przeszkodą nie jest brak pieniędzy. Dobrą grafikę współczesną można kupić za ok. 200 zł.

Kolekcjonerstwa uczył się pan od ojca.

Mój tata był lekarzem stomatologiem. Zaczął od zakupu surrealistycznego obrazu Marii Anto. W ziemiańskich domach podpatrzył, że wszędzie są jakieś obrazy.

Pamiętam opowieści ojca o jego wizytach w pracowniach malarzy. Prowadził korespondencję z artystami, np. z Tadeuszem Brzozowskim, Janem Cybisem. Mnie nastolatka wysyłał, żebym jeździł po Polsce i na miejscu dokonywał wyboru obrazów. Pojechałem np. do Jana Cybisa. Wybrałem obraz, przywiozłem. Ojciec patrzy, kręci głową i mówi: obraz ładny, ale niesygnowany. A jak kiedyś zechcesz go sprzedać...

Więc zapakowałem obraz i wsiadłem do pociągu. Wtedy do Warszawy jechało się całą noc. Jan Cybis wymienił mi obraz na inny.

Sam zbieram sztukę od 1967 r. Miałem wtedy 16 lat.

To pół wieku kolekcjonerstwa!

Kiedy zostałem studentem, z własnej inicjatywy nawiązałem współpracę z Tadeuszem Kulisiewiczem. W swojej pracowni przy ul. Mazowieckiej w Warszawie dał mi stertę rysunków do przejrzenia. Powiedział, żebym wybrał jeden.

Tam było ze sto dzieł, jak miałem wybrać jedno! Mówię do Kulisiewicza, że wybrałem sześć rysunków i nie jestem w stanie wykonać kolejnego kroku. Artysta popatrzył na mnie i mówi: a weź se wszystkie... Miałem wtedy przy sobie 3 tys. zł, a jeden rysunek kosztował 2, 8 tys. Niedługo zrobię wielką wystawę prac Kulisiewicza, bo mam ich dużo.

Obok pracowni Kulisiewicza na tej samej klatce schodowej mieszkał aktor-kolekcjoner Leonard Pietraszak. Opowiedziałem mu po latach tę przygodę. On zbladł i mówi: co ja się nachodziłem, naprosiłem, żeby Kulis coś sprzedał. A on ciągle powtarzał, że rysunków nie sprzedaje, bo nie potrafi się z nimi rozstać.

Zaraził pan kogoś wirusem kolekcjonerstwa?

Ojciec w latach 60. zaraził swojego współpracownika. Pan ten zapytał, co ma robić z nadmiarem gotówki. Ojciec doradził, żeby zbierał monety. I ten człowiek stworzył jedyną w Europie kolekcję kopiejek wybitych przez carycę Katarzynę Wielką. Po 10 latach zbierania stał się cenionym ekspertem numizmatycznym.

Była to na pewno znakomita lokata.

On nie patrzył na monety z tego punktu widzenia. Po prostu kochał je. Raz pozwolił mi nawet dotknąć tych monet. Ojciec nie mógł w to uwierzyć, bo jego kolega nie dopuszczał nikogo do swojego zbioru.

Jakie są zalety i wady naszego młodego rynku sztuki?

Chciałbym, żeby było więcej kolekcjonerów. Niestety rynek jest bardzo płytki. Niewiele jest osób, które chcą i są w stanie przystąpić do licytacji nawet najwybitniejszego dzieła.

Druga wada jest taka, że nadal większość kupuje „nazwiska" a nie dzieła sztuki. Nie ma należytego zróżnicowania cen w zależności od jakości artystycznej konkretnej pracy. Jeżeli coś sygnował np. Jacek Malczewski, to musi być drogie, nawet tandeta. Wynika to z niskiej podaży i braku doświadczenia u klientów. Na świecie jest inaczej. Istnieje wielka gradacja cen tego samego autora.

W Polsce nie ma wpływowych marszandów, którzy tworzyliby hierarchię wartości. Jeden Andrzej Starmach odniósł sukces. Wprowadził na rynek Jerzego Nowosielskiego. Starmach specjalizuje się w Grupie Krakowskiej. Inni handlują wszystkim, co im wpadnie w ręce.

Ile dzieł spośród tych, które zobaczymy na wystawie we Wrocławiu, kupił pan na świecie?

Co najmniej 20 proc. Ostatnio na aukcji w Nowym Jorku wylicytowałem obraz Kajetana Sosnowskiego z lat 60. Dzieło ma udokumentowaną bogatą proweniencję. Pracownik ambasady USA kupił je za 120 dolarów. Sprowadziłem obraz muzealnej klasy i za to musiałem zapłacić 8 proc. cła.

Może chodzi o to, żeby nie przywozić poloników ze świata? Na przykład Andrzej Starmach w Skandynawii skupował dzieła Władysława Hasiora do swojej kolekcji.

Ja też kupiłem dwa dzieła Hasiora w Skandynawii! W Polsce nie ma sztuki, bo powstało jej niewiele. Gdzie kolekcjoner ma ją zdobyć?

Czy przed udziałem w aukcji wyznacza pan sobie granice cenowe?

Przepłacam niekiedy, ale natychmiast o tym zapominam.   —rozmawiał Janusz Miliszkiewicz


Wideo komentarz