Okiem eksperta

Nowy (stary) lider hossy na Wall Street

Inwestorzy (może poza posiadaczami małych polskich spółek) przetrwali październik – miesiąc krachów – w całkiem niezłym stanie.

Jarosław Niedzielewski, zarządzający funduszami, Investors TFI

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Nowe rekordy zaliczały giełdy we Frankfurcie i Nowym Jorku. Trzeba jednak oddać, że rynek aż trzykrotnie (w ostatnich tygodniach) próbował zamarkować większą przecenę na Wall Street, zaczynając od 19 października, czyli okrągłej rocznicy panicznej wyprzedaży z końca 1987 roku. Na szczęście skończyło się na chwilowym strachu, którego większość uczestników rynku, nieśledzących notowań na bieżąco, zapewne nawet nie odczuła.

To, że wspinaczce głównych indeksów na nowe szczyty towarzyszyła większa niż obserwowana wcześniej zmienność, może być dość dobrą wiadomością. Jeśli hossa przychodzi z pewnym „trudem", daje to nadzieję, że zbyt szybko się nie skończy. Poza tym wyższa zmienność powinna nieco zrównoważyć potencjalnie negatywne konsekwencje bardzo pozytywnego nastawienia do rynku akcji, jakie zapanowało pod koniec miesiąca wśród zarządzających funduszami z USA. W reakcji na rekordowe poziomy indeksów akcji inwestorzy instytucjonalni zaczęli wpadać w niebezpieczny stan samozadowolenia, a udział rynkowych „byków" zrównał się z poziomem z początku marca bieżącego roku. Jak się (po czasie) okazało, ówczesna „euforia" wstrzymała na kolejne trzy miesiące powyborczą falę zwyżek na Wall Street (S&P 500, Dow, Russell2000 stanęły), a tematy reflacji i reform gospodarczych zostały zapomniane na następne pół roku. Być może tym razem również przemysłowy Dow Jones się zatrzyma, a wraz z nim mniejsze i średnie spółki, które ostatnio radziły sobie znakomicie.

Nie musi to jednak oznaczać końca zwyżek na Wall Street. Może zmienić się lider. Ostatnie sesje października wskazały nawet oczywistego kandydata – spółki technologiczne. Indeks Nasdaq wzrósł w tym roku już o ponad 24 proc., ale większość tej zwyżki przypada na pierwsze półrocze. Od czerwca spółki zaliczane do FANGS „robiły" wszystko, żeby odsunąć od siebie oskarżenia o udział w spekulacyjnej bańce, czyli po prostu przestały rosnąć. Poziom 1000 dolarów za akcję okazał się trudnym do przejścia oporem, zarówno dla Amazona, jak i Alphabetu. Aż do ostatniego piątku, gdy obie te firmy z dużą dozą pewności siebie pokonały wcześniejsze szczyty. Co ważniejsze, dokonały tego skoku nie na skutek kolejnych obietnic prezydenta Trumpa czy lepszych nastrojów wśród inwestorów, ale po pokazaniu niezłych danych finansowych.


Wideo komentarz