Ludzie rynku

Przemysław Schmidt: Luki w prawie ułatwiły przekręty w GetBacku

WYWIAD | Przemysław Schmidt - z wiceprzewodniczącym rady nadzorczej firmy GetBack rozmawia Przemysław Tychmanowicz

Przemysław Schmidt, wiceprzewodniczący rady nadzorczej firmy GetBack

Foto: materiały prasowe

Nie da się ukryć, że sytuacja firmy GetBack jest nie do pozazdroszczenia. Dlaczego więc zdecydował się pan wejść do rady nadzorczej spółki?

Przemysław Schmidt: Decydując się na wejście do rady nadzorczej GetBacku, chciałem wykorzystać swoje umiejętności i kompetencje zdobyte na przestrzeni lat w innych radach nadzorczych. Nie da się ukryć, że potraktowałem tę propozycję również jako bardzo duże i trudne wyzwanie, co mnie dodatkowo motywuje do pracy. Funkcji tej podjąłem się z nastawieniem, że najważniejsza w tej sytuacji nie jest przeszłość, ale przyszłość. Zależy mi na tym, żeby wierzyciele, w szczególności drobni inwestorzy, odzyskali jak najwięcej pieniędzy. Zarówno ja, jak i cała rada nadzorcza zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji i z faktu, że ze względu na obecny stan GetBacku oddanie wszystkich pieniędzy wierzycielom nie jest możliwe. Jednak na pewno najlepszym rozwiązaniem jest przywrócenie spółce pełnej zdolności operacyjnej. To jest ważny krok do spłacenia interesariuszy w możliwie największym stopniu. Jakakolwiek inna procedura, czyli np. likwidacja spółki, zmniejszy możliwą do odzyskania kwotę. Poza kwestiami finansowymi moim zdaniem warto pochylić się nad spółką GetBack w kontekście wyciągnięcia wniosków na przyszłość dla całego rynku. Firma ta jest doskonałym przykładem na nieadekwatność naszego systemu prawnego w odniesieniu do rynkowej rzeczywistości. Uważam, że jest co najmniej kilka rzeczy, które należałoby zmienić. Pojawiające się w prawie luki ułatwiły drogę do tego, co się wydarzyło.

Jakie luki ma pan dokładnie na myśli?

Tych tematów jest sporo. Ludzie bardzo często porównują GetBack do Amber Gold, co oczywiście jest bardzo daleko idącym uproszczeniem. W obu sprawach występuje bowiem jedna, zasadnicza różnica. Inwestorzy w Amber Gold działali samodzielnie – poszli do biura firmy, przeczytali informacje i zainwestowali pieniądze. Jak się okazało, osoby te zostały oszukane, trafiając na finansową piramidę. W przypadku GetBacku mieliśmy do czynienia z zupełnie inną, nawet gorszą sytuacją. Do inwestorów dzwonili bowiem zaufani bankierzy, którzy przekonywali, że mają do zaoferowania wspaniałą, ekskluzywną, a przy tym bezpieczną ofertę. I to jest ta podstawowa różnica. Doradcy oferowali obligacje GetBacku praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli. Pamiętajmy także, że w teorii mieliśmy do czynienia z ofertami prywatnymi.

A w praktyce wyglądało to jak oferty publiczne...

Dokładnie tak. Jednego dnia sprzedawano papiery 149 inwestorom, a drugiego szła następna seria skierowana do kolejnej grupy. Na rynkach zagranicznych jest to nie do pomyślenia. W Stanach Zjednoczonych tego typu sytuacja zakwalifikowana byłaby jako oferta publiczna i emisjom musiałaby towarzyszyć publikacja prospektu. Inwestorzy mieliby więc szansę na otrzymanie pełnej informacji o spółce. W przypadku GetBacku tego nie było. Wszystko odbywało się pod przykrywką emisji prywatnych, w których obligacje były zachwalane przez „zaufanych bankierów" jako świetna inwestycja.

Emisje publiczne też były, był także prospekt, a mimo wszystko nikomu nie zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza.

Przyglądając się doświadczeniu innych krajów, bardzo przydałaby się w Polsce funkcja powiernika obligacji („Trustee"). Na rynkach rozwiniętych, kiedy dochodzi do emisji obligacji, wprowadzona jest umowa definiująca bardzo dokładnie, co emitentowi wolno, a czego nie („Indenture"). Jest ona negocjowana przez banki inwestycyjne, a jej stroną jest wspominany przeze mnie powiernik. Może być nim np. bank, który reprezentuje większą część obligatariuszy. Wszystko po to właśnie, by w przypadku ewentualnego naruszenia przez emitenta zapisów umowy mógł on we właściwym momencie zainterweniować. Wydaje mi się, że gdyby instytucja powiernika faktycznie funkcjonowała na naszym rynku, mielibyśmy dodatkową „linię obrony" przed nieprawidłowościami. Taką rolę mógłby pełnić np. KDPW.

Obecnie na światło dzienne wychodzą dodatkowe rzeczy, tj. kreatywna księgowość. Początkowo audytor GetBacku nie miał zastrzeżeń do sprawozdań firmy. Teraz, kiedy pojawiają się informacje o wątpliwej jakości transakcjach, audytor nie wydaje opinii do sprawozdania rocznego. Wychodzi na to, że i on zawiódł.

W Polsce od lat, inaczej niż na innych rynkach, stawia się przede wszystkim na oszczędność przy różnego rodzaju usługach. Niestety, w pewnym momencie dochodzi się do takiego momentu, w którym taniej oznacza gorzej. Firmy „wielkiej czwórki" wyraźnie od dawna sygnalizują, że na audycie nie zarabiają. A skoro tak jest, to zmuszone są do zarabiania na innych usługach świadczonych współpracującym z nimi firmom. To z kolei oznacza, że oferując dodatkowe usługi, przestają być niezależne. Ostatnio ten wątek został zaakcentowany przy okazji ustawy o biegłych rewidentach, jednak moim zdaniem dalej nie rozwiązuje to problemu. Audyt w Polsce jest tani, wręcz za tani. Skutek jest jeden – każda firma audytorska, ze względu na przymus cięcia kosztów, będzie obniżała jakość swoich usług. Dzieje się to niestety ze szkodą dla spółki, inwestorów i całego rynku. Nie twierdzę, że taka sytuacja miała miejsce w GetBacku, ale na naszym rynku wyraźnie to widać. Kolejny kłopot to problem „nadmiernej poufności". Dobrze widać to na przykładzie TFI. Według ustawy właściciele TFI, czyli np. banki, nie mogą mieć dostępu do pełnej wiedzy o portfelach w funduszach. Poufność jest tak daleko posunięta, że dostępne są tylko dość ogólne informacje. Na skutek tego mamy z jednej strony audytorów, a z drugiej spółki wyceniające fundusze, ale nikt nie widzi całości obrazka. Jeżeli więc mamy do czynienia z sytuacjami „przerzucania" portfeli np. między różnymi TFI, to w zasadzie nikt, kto teoretycznie powinien nadzorować tego typu działalność, nie jest w stanie tego wychwycić ze względu właśnie na szczątkową, a nie pełną wiedzę. Nikt nie ma „widoku z helikoptera". Ułatwia to nadużycia.

Czyli poufność bardziej szkodzi, niż pomaga?

W przypadku spółek giełdowych zasady poufności są niekiedy zbyt restrykcyjne. Mniejsi inwestorzy oraz inwestorzy indywidualni cenią sobie dużego, wiarygodnego akcjonariusza w spółce. Wchodzi on do spółki po to oczywiście, by zwiększyć jej wartość, co jest korzystne dla wszystkich. Zakładają przy tym, że taki inwestor z kompetencjami dopilnuje biznesu. W przypadku GetBacku rodzi się oczywiście pytanie, jak tak doświadczonemu inwestorowi jak Abris mogło przydarzyć się coś takiego. Prawda jest taka, że obecne przepisy prawa tak naprawdę nie pozwalają dużemu inwestorowi na większą kontrolę. Zarząd może skutecznie trzymać takiego akcjonariusza na dystans, zasłaniając się przepisami prawa. Oczywistą sprawą jest to, że taki duży, strategiczny akcjonariusz nie może wykorzystywać w żaden sposób informacji poufnych do wpływania na kurs akcji. Jeżeli jednak w spółce pojawia się inwestor, dlaczego nie pozwalamy mu wejść na tyle głęboko, by mógł on mieć prawdziwy wgląd w funkcjonowanie firmy? Moim zdaniem inwestorzy „strategiczni" w spółkach publicznych, w tym fundusze private equity, powinni podlegać odrębnym regulacjom. Przykład GetBacku pokazuje dobitnie, że powinni mieć zapewnione prawne mechanizmy większej kontroli nad spółkami publicznymi, w które zainwestowali. Naturalnie bez szkody dla akcjonariuszy mniejszościowych.

Mimo wszystko jakiś nadzór i kontrolę ci akcjonariusze mają chociażby poprzez radę nadzorczą, która zazwyczaj jest zdominowana przez przedstawicieli głównego akcjonariusza.

Moim zdaniem tutaj też muszą wejść w życie zmiany. Znane są na rynku przykłady, gdy rada miała podejrzenia, czy zarząd firmy działał w ramach prawa. Wszystko wskazuje na to, że właśnie w przypadku GetBacku mieliśmy do czynienia z podawaniem nieprawidłowych informacji. W takich sytuacjach naturalnym wydaje się zatrudnienie przez radę nadzorczą wyspecjalizowanej, niezależnej firmy audytorskiej, która by te przypuszczenia zweryfikowała (tzw. forensic). Rada nadzorcza nie ma jednak do tego odpowiednich narzędzi. Nie może podpisać umowy na tego typu usługi. Musi ona iść do podejrzanego o nadużycia zarządu z prośbą, aby zawarł umowę i dał się skontrolować. To jest absurd konieczny do wyeliminowania z naszego prawa. Rada nadzorcza nie może zastępować zarządu, jednak w pewnych sytuacjach musi mieć prawo do podjęcia odpowiednich działań. Tego typu rzeczy uniemożliwiły sprawny nadzór nad firmą GetBack, a jednocześnie ułatwiły zarządowi pewne działania.

Czy to nie jest przerzucanie odpowiedzialności za to, co się stało, na prawo?

Na złodzieja rady nie ma. Jeśli mamy do czynienia z dużym prawdopodobieństwem ze świadomą działalnością przestępczą, rodzi się pytanie, kiedy nieprawidłowości zostaną wykryte – wcześniej czy później. Niestety, w obecnym systemie prawnym rada nadzorcza jest wręcz bezbronna. Musi korzystać z informacji dostarczanych jej przez zarząd. Gdy rodzą się podejrzenia, to może jedynie próbować wprowadzić audyt wewnętrzny, i z tego, co wiem, to w przypadku GetBacku zostały podjęte takie działania. Moim zdaniem rady nadzorcze powinny dostać lepsze narzędzia prawne. Co więcej, w przypadku spółek pewnej wielkości audyt wewnętrzny, raportujący do komitetu audytu rady nadzorczej, powinien być obowiązkowy. Chcę, aby była jasność: nie chodzi mi o działania śledcze, ale prewencyjne. Gdyby w spółkach był sprawny audyt wewnętrzny, pomocny dla rady nadzorczej, to wiele rzeczy mogłoby być wykrytych wcześniej, a wielu można by zapobiec.

CV

Przemysław Schmidt – menedżer, bankier inwestycyjny i radca prawny z prawie 30-letnim doświadczeniem zawodowym. W przeszłości związany m.in. z Trigon DM czy też bankiem inwestycyjnym MeesPierson. Członek rad nadzorczych wielu spółek publicznych i prywatnych. Członek zespołu ekspertów przy Forum Rad Nadzorczych. Od 30 maja niezależny członek rady nadzorczej oraz przewodniczący komitetu ds. restrukturyzacji w spółce GetBack. PRT


Wideo komentarz

Powiązane artykuły