Banki

Pekao: jeśli nie fuzja z Aliorem, to może z PKO BP?

Fuzja PKO BP i Pekao jest jak strzelba, która może wypalić w ostatnim akcie - mówi Andrzej Powierża, analityk DM Citi Handlowego, który był gościem w piątkowym ParkietTV.
Foto: PARKIET

Pekao i Alior ogłosiły, że fuzji nie będzie. Jak pan ocenia tę decyzję?

To bardzo ważna informacja dla akcjonariuszy obu banków. Jest ona moim zdaniem pozytywna. Nie spodziewałem się dużych korzyści z fuzji, dużych oszczędności, bo już dziś oba już dziś są bardzo efektywne kosztowo a wiadomo, że główna korzyść skali z połączenia to właśnie redukcja kosztów. Ujmując to w liczbach: nawet gdyby się udało jedną trzecią kosztów Aliora zredukować, to oznaczałoby zmniejszyć połączone koszty obu banków o 9 proc. Wydaje się, że to sporo, ale to tylko 3-4 proc. przychodów. Fuzja trwałaby dwa-trzy lata i mogłaby na tyle odciągnąć zaangażowanie zarządu i pracowników od biznesu, to przychody mogłyby rosnąć co roku o 2 pkt proc. wolniej, niż w scenariuszu bez fuzji, wtedy wszystkie korzyści niższych kosztów zostałyby skonsumowane przez niższe przychody. Od sprawności i szybkości przeprowadzenia fuzji zależy, czy byłaby ona lekko korzystna czy niekorzystna dla akcjonariuszy, ale moim zdaniem nie było szans na ich dużą skalę. Dlatego decyzja na nie wydaje się dobra dla obu banków.

Na pierwszej sesji po komunikacie kurs akcji Pekao urósł o 7 proc. a Aliora o 4 proc. Później jednak notowania Aliora spadły, co zbiegło się z publikacją przez bank wyników.

W przypadku Aliora część jego inwestorów mogła liczyć na to, że otrzymają premię, ponieważ transakcja była postrzegana jako przejęcie Aliora przez Pekao. Pojawiały się głosy, że Pekao jest zdeterminowane, by doszło do fuzji, a zarząd Aliora mówił, że możliwe to będzie tylko przy dobrych warunkach, więc część inwestorów uznała, że możliwa będzie premia w wycenie Aliora w razie transakcji i zagrali pod ten scenariusz. On się nie zrealizował, dlatego wychodzili ze swojej inwestycji napędzając spadki.

Co brak fuzji oznacza dla tych banków w długim terminie? Co z ich notowaniami?

Będą głównie zależeć od tego jak wdrożą swoje strategie, które są ambitne, ale i sensowne. Co ciekawe, ich wdrożenie spowoduje, że za dwa-trzy lata bardziej niż teraz będą się nadawać do fuzji, więc być może pomysły takie powrócą. W karykaturalnym skrócie można powiedzieć, że Pekao, patrząc na strukturę klientów i pracowników, to bank, w którym 50-latkowie obsługują 40-latków. To klienci bardziej zamożni, nie goniący za nowinkami technologicznymi, ale skłonni je przyjąć. Nie jest to bank, który odstaje od klientów pod względem zainteresowania mobilną bankowością. Z kolei Alior to bank, w którym 20-30-latkowie obsługują 20-latków i osoby w innym wieku, które niekoniecznie dziesięć lat temu, kiedy Alior dopiero powstawał, korzystali z usług bankowych. Wyzwaniem głównym dla Aliora jest pogłębienie relacji z klientami, przekonując ich do nowoczesnych produktów aby zarabiać więcej i przy mniejszym ryzyku. Mimo etykiety innowatora bo ma dość tradycyjny model biznesowy polegający na sprzedaży kredytów gotówkowych w oddziałach i ratalnych w sklepach oraz ma mocną nogę biznesową, dla małych i średnich firm jest atrakcyjnym partnerem ze względu na szybkość procesu decyzyjnego. Pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Alior już 80 proc. nowej sprzedaży kredytów gotówkowych kierowana jest do jego klientów, co oznacza sporą zmianę w profilu ryzyka tego banku. Nie podzielam obaw niektórych moich kolegów, którzy są zdziwieni dużymi odpisami Aliora, bo to naturalne dla jego charakterystyki. Jeśli uda się ta wewnętrzna przemiana Aliora, będzie zarabiał więcej i w bezpieczny sposób. To dla niego wyzwanie na przyszłość, podobnie jak dla Pekao jest unowocześnienie i wyciśnięcie więcej z tych swoich zamożnych 40-latków. Bank musi podtrzymać niezłe trendy w pozyskiwaniu klientów detalicznych, ale musi to robić szybciej niż konkurencja ze względu na wiek swoich klientów.

Wróci pomysł łączenia Pekao z Aliorem, których wspólnym akcjonariuszem jest państwowe PZU, czy może odżyje plan połączenia Pekao z innym państwowym bankiem - PKO BP, największym w Polsce? O pojawieniu się takiego pomysłu pisaliśmy w grudniu.

To dobre pytanie, ale na razie zatrzymałbym się na etapie tego najbardziej bezpośredniego wspólnego akcjonariusza, czyli PZU. Oba banki w oficjalnym komunikacie napisały wprost, że w maju doszły do wniosku, że fuzja przyniesie wartość dla akcjonariuszy obu banków, więc przystąpiono do negocjacji warunków. W sierpniu nie dogadały się jak te korzyści podzielić między sobą i dlatego nie ma fuzji. Patrząc z boku i wiedząc, że oba są kontrolowane przez ten sam podmiot wydaje mi się trochę dziwne. Skoro jest wartość, to dlaczego nie próbujemy ją osiągnąć. Być może jest jakieś drugie dno, ale także to nie ułatwia pozytywnego oceniania sytuacji, w której PZU ma dwa banki i nie potrafi, mimo że zarządy ich doszły do przekonania że warto się łączyć, doprowadzić proces do końca. Faktycznie mogą odżyć pomysły megafuzji, czyli łączenia PKO BP i Pekao. Wierzę, że są w PKO BP osoby nad takim scenariuszem myślące. To jest strzelba, która wisi w tyle sceny i może wypalić w ostatnim akcie, o ile znajdzie się odważny, który ją weźmie w ręce.

Fuzja PKO BP i Pekao przyniosłaby wartość?

Wszystko zależy od wykonania. Potencjalnie mogłaby ta fuzja wykreować lokalnego giganta. Dla konkurentów byłby to okres około dwóch lat szansy na pozyskanie klientów, zwłaszcza tych korporacyjnych, którzy dzisiaj są klientami obu banków i być może nie chcieliby takiej koncentracji albo obawiając się pewnego zamieszania przeszliby do innych banków. Taka fuzja doprowadziłaby do bardzo dużej koncentracji, jeszcze bardziej rozgrzałaby i tak gorący rynek fuzji i przejęć w polskim sektorze bankowym. Moim zdaniem złudne jest przekonanie, że gdyby powstały trzy duże banki mające najsilniejszą pozycję na rynku mogłyby z niej skorzystać i ich zyskowność by wzrosła. Banki w mniejszym stopniu działają na wyodrębnionym obszarze, pojawiają się finteki, ale większym zagrożeniem są giganci internetowi, którzy w różny sposób do usług bankowych się przymierzają. Dzisiaj polski sektor bankowy jest rozdrobniony, ale przez to innowacyjny i konkurencyjny, a marżowość jest niska. To nie jest idealna szczepionka przeciwko wejściu tych spółek, ale zmniejsza atrakcyjność polskiego rynku i daje szansę, że polskim bankom uda się utrzymać większą pozycję. Gdyby były tylko trzy duże banki, byłyby tak przekonane, że rządzą rynkiem, byłyby mniej innowacyjne i więcej pola oddałyby w razie wejścia innych konkurentów. Wracając do Pekao i PKO BP – nie jestem wielkim fanem, ale takie połączenie mogłoby przy dobrym wykonaniu przynieść akcjonariuszom korzyści, przynajmniej w średnim terminie.

Większość banków podała już wyniki za I półrocze. Jak pan je ocenia?

Dużych zaskoczeń nie mieliśmy. Pozytywnym trendem jest rosnąca akcja kredytowa, dobrze rośnie segment detaliczny – kredyty konsumpcyjne i hipoteczne. Zaskoczyło dobre tempo wzrostu w segmencie korporacyjnym, pokazane przez parę banków, co było oczekiwane, ale dane sektorowe nie wskazywały, że to już teraz się wydarzy. To pewnie więc efekt zdobycia mocniejszej pozycji przez te banki kosztem innych. Boom na kredyty korporacyjne przyjdzie, ale niekoniecznie teraz.

Czego spodziewa się pan po wynikach banków w całym roku?

Oczekuje niskich kilkunastocyfrowych lub jednocyfrowych wzrostów zysków netto, czyli trochę lepiej niż giełdowe banki pokazały do tej pory. Ale pamiętajmy, że I kwartał był obciążony dużą częścią rocznej składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Sprzyjać będzie też rozpędzająca się akcja kredytowa. W ubiegłym roku mieliśmy niższe rezerwy w I półroczu i wyższe w II, więc baza jest już wyżej – wzrost rezerw będzie mniej obciążał wyniki w II półroczu.

Jakie są perspektywy notowań banków po słabym I półroczu i lekkim odbiciu w lipcu?

To może zabrzmi jak „kapitulacja", ale moim zdaniem dużo bardziej, przy obecnej ograniczonej płynności i aktywności krajowych inwestorów, wpływa globalny sentyment niż fundamenty. Na plus są argumenty takie jak rosnąca akcja kredytowa, ale i na minus jak większe rezerwy. Odbicie przyszło wraz z poprawą na rynkach wschodzących. Poza tym kursy bardzo spadły w I półroczu de facto bez ważnych czynników lokalnych. Przesunięcie podwyżek stóp na kolejne lata było raczej wytłumaczeniem niż rzeczywistym powodem tych spadków. Powodem było to, że mniej pieniędzy napływało do Polski, tak jak do rynków wschodzących. Mała zmiana w nastrojach inwestorów zagranicznych ma przy ograniczeniu płynności, a u nas spadkom towarzyszyły niewielkie wolumeny, ma duży wpływ na wyceny.

Jak pan ocenia wyceny polskich banków?

Jestem pozytywnie nastawiony do perspektywy kursów polskich banków, zakładając, że nie zmaterializują się negatywne scenariusze ekonomiczne wobec Europy i Polski. W scenariuszu bez istotnego spowolnienia gospodarczego polskie banki mają szanse istotnie porpawić swoje wyniki, zwłaszcza zwrot z kapitału, czyli ROE. Nie tylko dzięki temu, że zysk będzie rósł za sprawą rosnącej akcji kredytowej i kiedyś wyższych stóp – spodziewamy się podwyżek w 2020 r. –, to dodatkowo ROE będzie rosło, bo banki w większym stopniu będą mogły płacić dywidendy i nie będzie tak dużego wzrostu kapitałów. Spośród pięciu największych banków za 2016 r. płaciły je tylko Pekao i BZ WBK, ale za 2017 r. już cała piątka, a za rok pewnie dołączy do nich Millennium. Dlatego poprawiać się będzie wskaźnik zysków do kapitałów, bardzo ważny dla wskaźnika C/WK. Perspektywy są obiecujące, jeśli nastawienie do rynków wschodzących będzie dobre i nic złego w gospodarce się nie wydarzy, to jestem pozytywnie nastawiony do notowań banków. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem pozytywne rekomendacje, tak jak teraz, na akcje trzech największych polskich banków.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły